|
Zapewne
nie ma takiej szkoły, w której uczniowie zdolni byliby niezauważeni lub
niemile widziani. Ze zdolnymi dzieciakami problemu nauczyciele nie mają. A
jednak... Może warto spojrzeć na tę sytuację oczyma zdolnego ucznia?
Ostrzegam, to spojrzenie może kryć w sobie wiele zdziwień, tajemnic i...
bólu.
Gdy ją poznałam, była uczennicą trzeciej klasy gimnazjum.
Nazwę ją Majka, bo lubię to imię. Na pierwszej lekcji religii "zastrzeliła"
mnie pytaniem, jaka jest różnica pomiędzy teologią dogmatyczną a
hermeneutyczną. Proszę nie myśleć, że nie wiedziała, o co pyta. Wiedziała, i
to bardzo dobrze. Potem były liczne rozmowy w czasie
przerw i po lekcjach. Nie wiem, czy rozmowy to właściwe określenie. Treść i klimat
tych spotkań bardziej oddaje określenie: minidebaty naukowo-teologiczne.
Pytała i chciała rozmawiać (z dużą znajomością tematów) właściwie o
wszystkim: teologii, hermeneutyce biblijnej, myśli filozoficznej począwszy
od starożytności, po współczesnych filozofów, takich jak np. Jean
Baudrillard (jeśli ktoś chce wiedzieć, jakim językiem pisze ten myśliciel,
odsyłam do bardzo dobrej książki jego autorstwa Pakt jasności - O
inteligencji Zła), malarstwie, muzyce, teatrze, poezji... Sama pisze bardzo
dobre wiersze, a teraz, gdy jest już uczennicą szkoły średniej, bierze
udział w weekendowych zajęciach szkoły filmowej. Tak samo jak filozofia i
literatura, pasjonuje ją prawo. W pierwszej klasie gimnazjum dla
przyjemności nauczyła się na pamięć naszej Konstytucji. Była najlepszą
aktorką na wszystkich szkolnych przedstawieniach, laureatką licznych
konkursów i olimpiad.
Zdawać by się mogło, że w szkole nie miała problemów. Nic
podobnego, miała, i to niejeden. Cieniem na jej szkolnym szczęściu kładli
się uczniowie. Łatwo powiedzieć o nich - zazdrośnicy, ale trudniej z tymi
zazdrośnikami żyć, nie być przez nich odrzuconym, gdy wie się i umie trochę
więcej, albo wykorzystanym, bo "skoro wiesz, to musisz nam pomóc" (czytaj:
dać ściągnąć i odpisać zadanie domowe)! Z czasem do tego przywykła, a jej
wrodzona skromność pomagała choć w części przekraczać
bariery zazdrości i nieporozumień.
Długo nie wiedziała, jak radzić sobie z nauczycielami
(byli tacy, którym działała na nerwy). Nieraz miałam wrażenie, że owo
"działanie na nerwy" bierze się z zasady, którą trafnie wyraził Sztaudynger:
"Wróbla dławi ogon pawi". Jak bowiem inaczej zrozumieć kpiny w pokoju
nauczycielskim i przycinki na lekcji, gdy pewna zacna pani nauczycielka
dowiedziała się, że Majka umie na pamięć Konstytucję i jeszcze odważyła się
zaproponować wymianę zdań na temat "Myśli" Seneki!? A co powiedzieć o
komentarzach polonisty wpisywanych pod nieprzeciętnie napisanymi
wypracowaniami? (wpisy w stylu: "Piszesz stylem szwaczek i praczek").
Czy sytuacja Majki nie jest udziałem wielu zdolnych
uczniów? Obawiam się, że nie jest to przypadek odosobniony.
Nauczycielska debata o tym, jak pracować z uczniem
zdolnym, trwa w każdej szkole. Co robić, jak uczyć i wychowywać, żeby tych
zdolnych było więcej, żeby budzić w dziecku pragnienie zdobycia wiedzy i
żeby owa wiedza nie była tylko zbiorem encyklopedycznych wiadomości? Szukam
odpowiedzi. Jej cząstkę znalazłam w Twierdzy Antoine de Saint-Exupery'ego:
"Litery w książce są dla każdego widoczne. Ale człowieka trzeba czasem
poddać męce, żeby dać mu w darze klucz do poematu...
Nie wpajajcie im martwej wiedzy, ale dawajcie pewien styl myślenia, który
pozwoli ująć istotę rzeczy".
s. M. Urszula Kłusek SAC
Miesięcznik Nauczycieli i Wychowawców Katolickich Nr 1/2006
|