|
Pewnego razu zamożny kupiec, który
wybrał się po towar do Krakowa, wracał do domu naładowanym po brzegi wozem.
W pomroce nocnej pobłądził w gęstej puszczy świętokrzyskiej, a na domiar
złego - ciężki wóz ugrzązł w błocie i w żaden sposób nie można go było
ruszyć. Kupiec długo męczył konie i siebie, aby wyciągnąć pojazd na twardą
drogę, ale daremnie - wóz z każdą chwilą zagłębiał się w błocie coraz
bardziej. Głusza, znikąd żadnej pomocy. Kupiec stracił już nadzieję i
załamał ręce w rozpaczy.
Wtedy zjawiła się przed nim, jakby spod ziemi wyrosła, dziwaczna i
tajemnicza postać.
- Nie martw się - powiedział nieznajomy. — Wyciągnę wóz z błota i na pewną
drogę wyprowadzę, pod warunkiem, że dasz mi to, co w domu zastaniesz, a o
czym jeszcze nie wiesz.
Kupiec, nie widząc innego wyjścia, zgodził się na warunek postawiony przez
nieznajomego i własną krwią, wyciśniętą z serdecznego palca, podpisał
sporządzoną naprędce umowę.
Diabeł, bo był to nie kto inny, podszedł do wozu, podniósł go jak piórko i
postawił na twardym gruncie. Na pożegnanie przypomniał o umowie, i zniknął.
Uradowany kupiec zaprzągł konie i już bez żadnych przeszkód dotarł do domu.
W bramie domostwa powitała go służąca radosną nowiną, że jest ojcem
dorodnego syna, którego niedawno powiła mu żona. Wtedy dopiero kupiec
zrozumiał, jaki popełnił błąd. Nikomu nic nie powiedział i nadrabiając miną,
wszedł do mieszkania, aby żonę i syna powitać.
Mijały lata. Chłopiec dobrze się rozwijał. Już w piątym roku życia posiadł
umiejętność czytania i pisania. Kupiec rozpaczał skrycie i wylewał gorzkie
łzy, że wkrótce będzie musiał rozstać się z kochanym synem, ofiarowanym
diabłu. Nieustannie gnębiły go wyrzuty sumienia.
Kiedy chłopiec podrósł i stał się bystrym młodzieńcem, spostrzegł, że ojciec
żyje w jakiejś nieznośnej udręce. Tak gorąco prosił, tak nalegał, że kupiec
w końcu wyjawił mu przyczynę swego smutku. Syn uważnie wysłuchał wyznania
ojca i zrobiło mu się go żal. Pomyślał chwilę i powiedział:
— Nie smuć się ojcze, pójdę do piekła i odbiorę cyrograf.
Rodzice wyposażyli go na daleką i trudną drogę, i pożegnali ze łzami w
oczach.
Poszedł młodzieniec szukać drogi do piekła. Szedł długo leśnymi drogami,
minął Święty Krzyż, i zagłębił się w ciemną i straszną puszczę. Zabłądził w
niej i bezradnie kręcił się po wykrotach leśnych, aż przypadkowo trafił na
jaskinię. Właśnie nadchodziła burza, więc wszedł do niej schronić się i ze
zdumienia osłupiał, ujrzawszy tam miłą staruszkę gotującą posiłek.
Młodzieniec dowiedział się od staruszki, że mieszka ona z synem — Madejem,
który za chwilę powinien przyjść na obiad. Chłopiec zbladł: pomyślał sobie,
że nie wyjdzie stąd żywy. Wiedział bowiem, że Madej to straszny zbój, co
nikomu, kogokolwiek spotkał, życia nie darował. Nawet własnego ojca
zamordował, a matkę tylko dlatego zostawił przy życiu, że mu gotowała
jedzenie.
Stara kobieta, widząc przerażenie na twarzy młodzieńca, zlitowała się nad
nim i ukryła go przed synem w kącie jaskini.
Madej powrócił ze zbójeckiej roboty, i zaledwie wpadł do pieczary — od razu
wyczuł, że ktoś nieproszony trafił do jego kryjówki. Obawiając się zdrady,
postanowił zabić natręta. Odnalazł wystraszonego przybysza i już podniósł
maczugę, żeby roztrzaskać mu głowę, gdy matka przeszkodziła mu, prosząc...
żeby przedtem zjadł obiad, bo wszystko wystygnie.
Chłopiec wykorzystał tę zwłokę, i opowiedział, zbójowi o swym przeznaczeniu
i celu wędrówki. Zbój wysłuchał go uważnie i darował mu życie, pod
warunkiem, że chłopiec dowie się w piekle, jakie to dla Madeja przygotowują
męczarnie, i opowie mu wszystko w drodze powrotnej. Chłopiec obiecał
wypełnić jego polecenie. O świcie opuścił pieczarę, udając się na dalsze
poszukiwanie piekła.
Po długiej i męczącej wędrówce stanął wreszcie przed piekielną bramą, na
której widniał wielkimi literami wykuty napis:
„Kto raz tu wejdzie, ten nigdy stąd nie wyjdzie".
Ogarnął młodzieńca lęk — nie wiedział: wejść, czy zawrócić. Przypomniał
sobie jednak w jakim celu się tu znalazł, przemógł chwilę słabości i
zakołatał do wielkich wrót.
Po chwili zgrzytnęły zamki i w wejściu ukazał się uzbrojony w widły diabeł.
Młodzieniec wyjawił chęć widzenia się z władcą piekieł — Lucyferem, i
strażnik wpuścił go do środka. To, co tam zobaczył, przeraziło go bardziej,
niż wszystko, czego do tej pory doświadczył.
Otoczył go zewsząd ogromny ogień, wielkimi jęzorami buchający z otchłani bez
dna. Ze ścian z rozpalonych kamieni sypały się bez przerwy oślepiające
iskry, a z pułapu, pokrytego jednolitą masą
ognia, co chwila w jaskrawym świetle błyskawic spadały gromy, rozchodzące
się echem po piekle. Ogniste kule toczyły się z hukiem po dymiącej smołą i
siarką posadzce, pełnej rozżarzonych do czerwoności węgli.
W tym królestwie ognia diabły męczyły ludzi strasznymi torturami. Chłopiec
nie mógł na to patrzeć; poprosił diabła przewodnika, aby go jak najszybciej
doprowadził do władcy piekieł.
W dużej komnacie, na czerwonym tronie siedział sam Lucyfer, skuty dwunastoma
grubymi łańcuchami, przymocowanymi do ściany, i otoczony wiecznym
płomieniem. Każdy jego oddech buchał ogniem, a oczy ciskały pioruny. Tronu
strzegło dwunastu szatanów.
Gdy Lucyfer dowiedział się, że młodzieniec przyszedł odebrać cyrograf
podpisany przez ojca, zapienił się ze złości i ryknął na całe gardło, aż
zatrzęsło się piekło, a ogień szczelinami wydostawał się na powierzchnię
ziemi.
Odważny młodzieniec wyjął z zanadrza naczynie ze święconą wodą i kropidło,
by łacniej nakłonić Lucyfera do oddania umowy. Diabły rozpierzchły się w
strachu, widząc kropidło w ręce przybysza. Także władca piekieł spokorniał i
rozkazał, aby chłopcu zwrócono cyrograf. A kiedy podstępny posiadacz umowy
ociągał się z wydaniem pergaminu, rozgniewany Lucyfer wrzasnął:
— Jeśli cyrografu nie zwróci, weźmiecie go na Madejowe łoże!
Diabeł, widocznie przestraszony tą groźbą, szybko oddał pismo chłopcu,
któremu wzmianka o Madejowym łożu przypomniała o danej zbójowi obietnicy.
Przy pomocy diabła przewodnika dotarł do tego łoża.
Całe było z żelaznej kraty, najeżone ostrymi nożami, brzytwami, szydłami i
hakami. W jednym końcu łoża wisiały klamry do przytrzymywania głowy, a w
drugim — do skrępowania nóg. Co chwila skracało się do wielkości kolebki i
rozciągało z powrotem. Z dołu buchały nieustannie płomienie wiecznego
paleniska, a z góry wielkimi kroplami spadała rozpalona siarka. Chłopiec,
patrząc na to łoże, mimo wszystko współczuł Madejowi z powodu czekających go
męczarni.
Młodzieniec bez kłopotu opuścił przerażające piekło i po kilku dniach
podróży znalazł się w jaskini Madeja. Opowiedział zbójowi o tym, co widział,
i jakie piekielne męki czekają go na strasznym łożu. Rozbójnik przeraził się
nie na żarty, i aby uniknąć okropnych męczarni, postanowił zerwać z
rozbojem, rozpocząć nowe życie i odprawić pokutę za popełnione zbrodnie.
Wyszli z pieczary na wzgórze między trzema jamami, gdzie były ukryte
bogactwa zbója. Młodzieniec wetknął w ziemię Madejową maczugę, którą zbój
wielu ludzi pozbawił życia, kazał mu obok niej klęknąć i rzekł:
- Masz codziennie schodzić na klęczkach do płynącego w dolinie strumienia,
nabierać wody do ust, i maczugę - narzędzie twoich zbrodni - podlewać, a po
drodze pieniądze ubogim rozdawać. Jeśli maczuga przyjmie się, zakwitnie i
wyda owoce - ciesz się, bo wszystkie twoje zbrodnie zostaną ci odpuszczone,
a ja, jak zostanę kapłanem, rozgrzeszę cię.
Chłopiec pożegnał zbója i wyruszył w dalszą drogę. Był wielce rad, że
cyrograf odzyskał, życie swe
uratował, i Madeja na drogę skruchy i dobrych uczynków sprowadził. Powrócił
wkrótce do domu i ucieszył strapionych rodziców.
Madej zaś zadaną pokutę wypełniać zaczął. Co dzień napełniał mieszek
pieniędzmi, które po drodze rozdawał biednym, na kolanach schodząc do
strumienia w dolinie; tak samo powracał z wodą w ustach, i maczugę podlewał.
Minęło dwadzieścia lat od tego wydarzenia, nim młodzieniec został biskupem.
Pewnego razu, wizytując parafie swojej diecezji, przejeżdżał przez puszczę
świętokrzyską. Wtem poczuł przyjemny zapach jabłek. Rozkazał więc dworzanom
poszukać tych owoców. Służba szybko wróciła, donosząc, że w pobliżu rośnie
jabłoń, ale nie daje zerwać sobie żadnego jabłka. Obok drzewa zaś klęczy
siwobrody starzec.
Biskup przypomniał sobie przygodę z Madejem i spiesznie podążył pod jabłoń.
Ujrzał klęczącego zbója, okrytego siwizną, z długą do ziemi brodą. Zbój
pokornie o rozgrzeszenie poprosił. Rozpoczęła się długa spowiedź. Dworzanie
ze zdziwieniem patrzyli, jak po każdej wyznanej przez Madeja zbrodni, owoce
na jabłoni zamieniały się w białe gołębie i znikały w powietrzu. Jedno
jabłko tylko pozostawało dłużej na drzewie, dopóki zbój taił największą
zbrodnię — zamordowanie ojca. Lecz gdy i to wyznał, ostatnie jabłko
przeistoczyło się w gołębia i uleciało wysoko. A w chwili otrzymania
rozgrzeszenia — ciało zgrzybiałego pokutnika w proch się rozsypało.
Dziś nikt już nie zna kryjówki zbója Madeja, która znajdowała się w pobliżu
Świętego Krzyża.
|