|
Był rok 1727, kiedy to biskup
krakowski Feliks Szaniawski sprowadził do Kielc zegarmistrza, nadzwyczaj w
tej sztuce biegłego. Zlecił mu zrobienie zegara i umieszczenie go na
szczycie nowo odbudowanej dzwonnicy kolegiackiej. Zegar miał wskazywać
wiernym kiedy pora do pacierza klękać lub do pracy śpieszyć.
Zegarmistrz zabrał się ostro do pracy. W kilka miesięcy później nawet w
warszawskich salonach mówiło się o ciekawej innowacji technicznej w
kieleckiej kolegiacie, jaką był zegar bijący nie tylko godziny, ale i
kwadranse. Takie urządzenie w owych czasach było bowiem rzadkością. Na wieży
jednak umieszczono, ku zdziwieniu mieszczan, tylko trzy tarcze zegarowe.
Kielczanie zastanawiali się dlaczego nie cztery - po jednej z każdej strony
świata, i posądzali Szaniawskiego o skąpstwo.
Biskup podobno miał wiele różnorodnych zainteresowań. Był z
zamiłowania mechanikiem i architektem; zlecając wykonanie prac mistrzom tych
zawodów, często udzielał im rad, choć nie zawsze trafnych. Najczęściej uwagi
przyjmowano, ale niestosowano się do nich. Tymczasem ambitny zegarmistrz,
zrazu delikatnie, dał do zrozumienia zleceniodawcy, że nie zna się na
zegarmistrzostwie. Ponieważ to nie pomogło, mistrz zeżlił się i powiedział:
— Ja się ekscelencji do kazania nie wtrącam, bo się na tym znam tyle, co
biskup na zegarach.
Wybuchł skandal i mistrz wyjechał z Kielc, mimo iż dopiero trzy tarcze
zostały umocowane na wieży. Wszyscy namawiali biskupa, aby z zegarmistrzem
się pogodził, ofiarowali się pośrednictwa między zwaśnionymi stronami, ale
bez skutku. Szaniawski bowiem także był bardzo ambitny. Z kolei proponowali
biskupowi, aby powierzył dokończenie dzieła komu innemu, l na to również
fundator się nie zgodził, bo uważał, że po mistrzu — nawet jeśli był „w
pysku kąśliwy" — poprawiać nie należy.
l tak na wieży katedralnej zostały trzy tarcze zegarowe, jako pamiątka waśni
dwóch ludzi, obdarzonych dużą ambicją, ale i darzących się wzajemnie
szacunkiem.
|