|
Pochodzący z ostatniej ćwierci dziewiętnastego wieku
dekret królowej Wiktorii, wprowadzający na terenie Imperium obowiązek
szkolny, zawierał m.in. taki fragment: "Rodzice mają obowiązek kształcić
dzieci w szkole, albo inaczej". Zdanie to implikuje nadzwyczaj doniosłe,
chociaż dzisiaj jakby mniej obecne, konsekwencje. Przede wszystkim dbałość o
edukację dzieci jest obowiązkiem rodziców. To jest ich (i ich dzieci)
interes, to ich zmartwienie i w końcu odpowiedzialność. Państwo zyskuje
światłych i godnych obywateli poprzez ich wykształcenie, które z kolei jest
przedmiotem troski ich rodziców. Kształcić można w szkole, ale można i poza
nią. Ważne, aby kształcić.
Od tego czasu zaistniały poważne zmiany
społeczne. Historia pokonała kilka ostrych zakrętów, na kilku z nich się
wywróciła. Nam przybyło doświadczeń.
Dlaczego nie wychodzi?
Szkoła
stała się obowiązkowa we wszystkich niemal krajach i z obowiązkiem
kształcenia dzieci nikt już nie próbuje dyskutować. Ale szkoła, od 200 lat
oparta na tym samym modelu, którego nawet najodważniejsze działania
alternatywne nie są w stanie rozkruszyć i zdeprecjonować, spadła z pozycji
ośrodka kulturowego na pozycję miejsca przymusowego pobytu dzieci. Autorytet
oświaty uległ erozji poprzez zmiany zaistniałe na zewnątrz. Najważniejsze z
nich to:
a) nauczyciel przestał być najbardziej
wykształconą osobą w środowisku. Wielu rodziców legitymuje się dziś takim
samym, albo lepszym wykształceniem;
b) szkoła przestała być interesująca. Świat
zewnętrzny oferuje zajęcia daleko ciekawsze, jest bardziej "kolorowy" i
atrakcyjny, a przy tym mniej wymagający (np. media);
c) umasowienie edukacji i doprowadzenie do
sytuacji, że nauczyciele stanowią prawie najliczniejszą grupę zawodową,
spowodowało przeniknięcie do tego zawodu osób zupełnie się doń nie
nadających, a tym samym osłabiło jakość edukacji i jej autorytet;
d) w XX wieku szkoła na tyle często stawała
po stronie określonych ideologii, że przestała być wiarygodna.
Rodzice "posyłali"
dzieci do szkoły, niejako zrzucając z siebie odpowiedzialność za ich
edukację, ufając, że zrobi to państwo. To ostatnie zaś jest w stanie
zapewnić budynki, kształcić kadrę, karać za niespełnianie obowiązku
szkolnego (chociaż w Polsce jest to fikcją!), ale nie może i nie potrafi
zapewnić efektywnej edukacji. Dlaczego?
Kształcenie dzieci jest procesem trójstronnym i pod tym względem
złożonym. Najważniejszym jego sprawcą są rodzice, którzy - jako niemal
jedyni - są w stanie skutecznie motywować własne dziecko do nauki, do
żmudnego przedzierania się przez gąszcz trudnych zagadnień. Pozbawiona tego
podmiotu (rodziców) szkoła kuleje i może się odwoływać tylko do presji jako
środka zapewniającego dyscyplinę i systematyczność uczniów. Drugim sprawcą
edukacji są uczniowie. To oni wszak są adresatami działań rodziców i
nauczycieli. Uczniowie pozbawieni troski rodziców i ich zainteresowania
zmieniają się w biernych i opornych uczestników rytuału szkolnego, którego
główną kategorią jest pozór, czyli sztafaż będący samouspokajającą i
poprawiającą dobre samopoczucie dorosłych działalnością.
Ostatnim podmiotem edukacji są nauczyciele. W zasadzie są oni tylko
jednym ze źródeł wiedzy, są przewodnikami po świecie zamkniętym w ramy
szkoły. Wobec rodziców tak naprawdę pełnią rolę usługową: mają nauczyć ich
dzieci. Są jakby wyższym wcieleniem rzemieślnika, któremu zlecono usługę.
W idealnym, a zatem całkowicie utopijnym modelu przepełnieni
troską o dzieci rodzice zlecają nauczycielowi proces dydaktyczny, rozliczają
go z wykonania tej usługi, a uczniowie w poczuciu pozytywnego obowiązku
starają się ze wszystkich sił sprostać oczekiwaniom nauczycieli, w tym
konkretnym wymiarze reprezentujących rodziców. To jednakże model idealny,
który w rzeczywistości występuje śladowo, a w każdym razie w mniejszości.
Rzeczywistość jest bowiem inna i znacznie mniej różowa. Charakteryzują ją
następujące atrybuty:
a) nikłe zainteresowanie rodziców
problemami oświaty i konkretnej szkoły, do której uczęszczają ich dzieci. Za
sprawne działanie szkoły pieniądze bierze jej dyrektor i niech on się o nią
martwi;
b) zaabsorbowanie rodziców i nauczycieli
kwestiami bezpieczeństwa dzieci (agresja, narkotyki, kradzieże) przy
jednoczesnym przesunięciu na drugi plan faktycznej funkcji szkoły -
nauczania;
c) dojmujący brak kompetencji
pedagogicznych nauczycieli, wynikający z modelu ich kształcenia: nacisk
kładzie się na ich wiedzę merytoryczną, a kompetencje pedagogiczne
pozostawia właściwie nie wiadomo komu. Doskonale widać to u studentów
odbywających praktyki szkolne - oni boją się uczniów;
d) narastające przekonanie, że za dobrą
naukę trzeba zapłacić (renesans korepetycji, szkół języków, prywatnych
placówek), a tym samym minimalizacja oczekiwań wobec szkoły i sprowadzenie
jej do funkcji dozorcy dzieci od 8.00 do 15.00.
|