|
Bogate skarby klasztorne, całe wieki
gromadzone przez benedyktynów, osnute mgłą tajemniczości, od dawna
zaciekawiały wielu ludzi.
Święty Krzyż odwiedzali w czasie odpustów liczni pątnicy, ofiarujący
kościołowi wiele cennych wotów. Klasztor benedyktyński posiadał też wiele
wsi i folwarków, przynoszących niezłe zyski. W skarbcu znajdowały się więc
wyroby ze złota, srebra i szlachetnych kamieni, darowane przez królów i
magnatów, jak również pieniądze na niezbędne remonty i nagłe wydatki.
Skarbiec klasztorny służył również - jako najpewniejsza skrytka — niektórym
rodom szlacheckim. Nic więc dziwnego, że jego tajemnicę znało zawsze tylko
trzech zaprzysiężonych zakonników.
Skarb był powodem wielu dramatycznych chwil w dziejach klasztoru.
W okresie wojen szwedzkich najeźdźcy, trafnie szacując zasoby klasztoru
świętokrzyskiego, wielokrotnie tam zaglądali, chcąc go ograbić. Na szczęście
nic nie zabrali, bo trzej wtajemniczeni zakonnicy zbiegli za granicę, a od
pozostałych, mimo wymyślnych tortur, niczego nie można było się dowiedzieć.
W 1796 roku, kiedy panowanie austriackie objęło ziemię kielecką, zaborcy,
dowiedzieli się o skarbach klasztornych i wszczęli poszukiwania no Świętym
Krzyżu. Szukano bezskutecznie, aż dopiero czwartego dnia murarz z Nowej
Słupi zdradził, że kosztowności mieszczą się w schowku za tylną ścianą
biblioteki. Majster zupełnie przypadkowo odkrył wejście do skarbca, gdy
przeprowadzano remont klasztoru. Kierując się jego wskazówkami, wnet
znaleziono skarbiec.
W żelaznej szkatułce znajdowało się trzy tysiące pięćset
dziesięć dukatów i sześćdziesiąt sześć dużych złotych monet, a w drewnianej
skrzyni — łańcuchy ze złota, różne krzyże, osiemdziesiąt dwa pierścienie,
srebrne kielichy, puchar, pastorał i kilkanaście dużych złotych guzików.
Podobno była tam również korona króla Zygmunta, okazałe siodło Jana Sobieskiego i buława hetmańska. Austriacy szukali jeszcze kilku milionów
dukatów, oddanych prawdopodobnie tutaj na przechowanie przez czeskich
benedyktynów w okresie wojen husyckich, -ale niczego więcej nie znaleźli.
Skarb wywieziono do Wiednia, i choć benedyktyni wygrali wytoczony proces,
kosztowności nie odzyskali. Podobno oddano zakonowi jedynie część naczyń
liturgicznych.
Pod koniec ubiegłego stulecia do dzierżawcy folwarku w Starej Słupi przyszło
dwóch mężczyzn, którzy opowiedzieli mu w zaufaniu następującą historię:
W czasie powstania styczniowego ojciec ich odniósł rany w bitwie pod Świętym
Krzyżem i razem z innymi rannymi powstańcami umieszczony został w
klasztorze, pod opieką dwóch ostatnich benedyktynów. Lżej ranni wkrótce
opuścili klasztor; pozostał tylko ich ciężko ranny ojciec.
Niespodziewanie jeden z zakonników zmarł, a ostatni pozostały przy życiu -
ksiądz Staszewski, wymógł na powstańcu przysięgę na dochowanie tajemnicy i
wyjaśnił mu sekret klasztornego skarbca. Zgromadzone wielkie skarby miały
być użyte tylko w wielkiej potrzebie ratowania ojczyzny. O miejscu
przechowywania kosztowności wiedział tylko opat i dwóch zaprzysiężonych
zakonników. Gdy jeden z nich umierał - niezwłocznie wtajemniczano nowego
braciszka. Klęska powstania i całkowite osamotnienie skłoniły starego
zakonnika do powierzenia powstańcowi sekretu skarbca i planu, wskazującego
drogę do schowanych kosztowności.
Jedno wejście do skarbca było zamurowane w podziemiach kościoła, a drugie
znajdowało się pod podłogą spichlerza w folwarku Stara Słupia, który należał
do klasztoru. Korytarz podziemny ciągnął się podobno aż pod kościół
świętokrzyski, do skarbca.
Przybysze nakłonili dzierżawcę do zawiązania spółki. Chcieli, aby pozwolił
im zejść do lochów w zamian za część skarbu, ale dzierżawca nie zgodził się.
Zawiedzeni w swych rachubach, udali się do gubernatora warszawskiego i
opowiedzieli o skarbach, spodziewając się chociaż nagrody.
Wkrótce zjechała do klasztoru specjalna komisja, lecz biskup sandomierski
sprzeciwił się poszukiwaniom, obawiając się, że burzenie murów w podziemiach
kościoła grozi zniszczeniem całej świątyni. Ponadto powiadomiono komisję, że kosztowności już wcześniej zrabowali Austriacy.
Dół pozostały po spalonym spichlerzu w Starej Słupi, jest dowodem, że był
tam rzeczywiście jakiś loch. Być może i pogłoskę o skarbach zabranych przez
Austriaków umyślnie rozpuszczono, by wprowadzić w błąd urzędników
rosyjskiego zaborcy.
Wieści o bogactwach klasztornych długo jeszcze krążyły wśród ludzi. W Hucie
Szklanej był podobno staruszek, który prawie całe życie poświęcił szukaniu
skarbów świętokrzyskich. Tuż przez pierwszą wojną światową okoliczni
mieszkańcy, ogarnięci gorączką poszukiwań, rozkopali cały teren wokół
klasztoru. W roku 1922 rozeszła się wieść o nowych usiłowaniach. Gazeta
Kielecka podała, że pewien repatriant poznał w tajdze Syberii starca,
wtajemniczonego w sprawę ukrytego skarbu. Przekazana przez niego wiadomość
dotarła do rektora klasztoru, i rozpoczęto poszukiwania. Szperano w kościelnych murach, w podziemiach, zrywano posadzkę — ale jedyną rzeczą,
jaką odnaleziono, był wciśnięty za wielki ołtarz, pergaminowy akt
konsekracji kościoła z 1806 roku.
|