
Magia komercji - Jak obchodzimy święta?
MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA
Świąteczny duch powoli zamiera. Okres poprzedzający święta, zarówno
zbliżające się Wielkanocne, jak i wszystkie inne,
stał się czasem wzmożonego popytu rynkowego. Z roku na rok ten czas się
wydłuża.
Pierwsze dekoracje w sklepach - czy to z zajączkami i święconką w tle, czy
to z choinkami ubranymi w bombki - pojawiają się na dobrych kilka tygodni
wcześniej. Wszystko to sprawia, że święta tracą na znaczeniu, a w obliczu
przedłużanej w nieskończoność "atmosfery świątecznej" te parę dni spędzonych
z rodziną wydaje się namiastką świąt, które dawniej bywały. Kiedyś święta
scalały rodzinę, dawały jej ukojenie i oddech od codzienności, gospodyni z
gronem młodszych domowników uwijała się przy garnkach, a po domach roznosiła
się woń pieczonych mazurków, bab i innych świątecznych wspaniałości. To
zjawisko zauważyli wszyscy znawcy tematu, nauczyciele i księża, socjologowie
kultury, psychologowie.
Zapach wielkanocnych bab
Wikariusz w Kościele Najświętszej Marii Panny w Niepokalanowie Artur Pyza,
prywatnie amator poeta i kompozytor, do dziś pamięta zapach wielkanocnego
mazurka pieczonego przez jego babcię w Wielki Piątek. W parafii zajmuje się
młodzieżą, odprawia dla niej specjalną mszę świętą, inicjuje cotygodniowe
spotkania przy herbacie i muzyce, na których gra i śpiewa inny ksiądz, ale
we wspólne muzykowanie wciągana jest też młodzież.
- Bardzo mnie interesuje, jak, z kim i gdzie młodzież obchodzi święta. Nie
czekają na nie z taką niecierpliwością, jak ja niegdyś, ale rzadko które z
dzieci spędza je poza domem. Do "chodzenia po dyngusie" zgłosiło się
kilkadziesiąt osób, to dużo, ponad połowa - cieszy się ksiądz Artur. -
Przygotowaliśmy niezły program muzyczny i poetycki, będą też skecze.
Umówiliśmy się, że zebrane pieniądze przeznaczymy na Dzień Matki - wspólny
obiad z drobnymi upominkami dla matek, które nie mogą związać końca z
końcem.
Ksiądz Artur przyznaje, że jego koledzy w innych parafiach nie mają tyle
"pary" do inicjowania podobnych przedsięwzięć: - Są może bardziej zajęci
obowiązkami kościelnymi albo brakuje im inicjatywy - stwierdza
dyplomatycznie.
I drugi przykład, godny polecenia i naśladowania. Oto w Głogówku, Żyrowej,
Tułowicach i Biadaczu nauczyciele pielęgnują miejscowe tradycje. W ramach
programu nauczania o regionie realizują "ścieżki folklorystyczne" i dzięki
temu uczniowie, oprócz poznawania ludowej obrzędowości, uczą się
tradycyjnego rękodzieła. Nauczycielka z Grudzic Anna Kośny zanim przystąpiła
do realizacji programu regionalnego, nauczyła się kroszonkarskiego
rękodzieła od teściowej i sprawdziła się, stając obok znanych twórczyń
ludowych do konkursów ogłaszanych przez Muzeum Wsi Opolskiej. Dzisiaj jej
wychowankowie ze szkoły podstawowej w Grudzicach nie mają żadnego problemu z
przygotowaniem wystroju wielkanocnego stołu, zrobieniem palm czy
wypełnieniem wiklinowego koszyczka własnoręcznie wykonanymi pisankami i kroszonkami.
Zbiorowe szaleństwo?
Jedno z pytań niedawno przeprowadzonej ankiety internetowej brzmiało: "Co
najbardziej cenisz w świętach obchodzonych w tradycji chrześcijańskiej?"
Prawie co czwarty internauta - na ponad 1,7 tys. wszystkich - odpowiedział,
że "nie lubi świąt" i niczego dobrego nie spodziewa się i po Wielkanocy,
poza "nudą przy stole" i "piekleniem się starszej, co zrobić, żeby urządzić
święta z niczego". Prawie wszyscy ankietowani (91 proc.) zwrócili uwagę na
zjawisko widoczne gołym okiem na ulicach, w sklepach, domach handlowych, a
mianowicie, komercjalizację świąt.
Gdy tylko widzę na ulicy pierwsze świąteczne dekoracje, chce mi się wyć -
wyznaje dwudziestoletnia Anna, studentka polonistyki na UW.
- Święta są dla mnie jakimś zbiorowym szaleństwem. Przed finałową kolacją w
pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia czy śniadaniem po rezurekcji mam
wszystkiego dosyć, najchętniej zostawiłabym całe to towarzystwo przy stole i
poszła na randkę z narzeczonym - napisała Ewa, studenta pierwszego roku
warszawskiej ASP.
Psycholog Maria Kotarska z wrocławskiego Polskiego Towarzystwa
Psychologicznego zauważyła podobne podejście do świąt kilka lat temu i to
nie tylko wśród młodzieży, ale również wśród osób dorosłych.
- Nie mam najmniejszych wątpliwości, że głównym winowajcą swoistej ucieczki
dzieci i młodzieży od domu są media - uważa Maria Kotarska. - To media
lansują z coraz większym powodzeniem model życia poza rodziną, wśród
rówieśników, na kocią łapę. Kiedy nie wyjdzie ci z jednym, nie przejmuj się,
spróbuj z następnym, a potem znowu z następnym. Bo masz żyć pełnym życiem,
wyszaleć się, bo później, jak będziesz starsza, nikt się tobą nie
zainteresuje.
Negacja wartości - czy to możliwe?
Ta smutna refleksja rozmówczyni przebija z jej licznych badań
socjologicznych. Interesuje ją głównie młodzież: jej zainteresowania,
dążenia, model wychowania itp. Badania wśród osób dorosłych dotyczą z kolei
ich relacji z młodszym pokoleniem, w rodzinie, szkole, na uczelniach,
podczas wakacji.
A co zrobić, jeśli nie ma ochoty na świąteczną bieganinę i nudę? "Można po
prostu wyjechać na kilka dni, odpocząć w górach albo
nad morzem" - zachęca jedno z biur podróży reklamujące się w wysoko
nakładowych pismach. Albo inne biuro: "Nie ma nic bardziej energetyzującego
od spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu. Tegorocznym hitem są nasze
Tatry, bo tanie i ośnieżone".
- Czy można się dziwić - ubolewa dr psychologii Joanna Wojciechowska - że z
roku na rok rośnie w siłę ruch opozycji wobec świąt?
- Typowa dla ludzi młodych jest ogólna negacja wartości - argumentuje
Wojciechowska. - Dotyczy to niestety w coraz większym zakresie wartości
rodzinnych. A te uwidaczniają się m.in. właśnie podczas świąt.
Elementem świątecznej niechęci jest po prostu bunt młodego pokolenia wobec
zastanego porządku świata. Święta są potwierdzeniem pewnej ciągłości
kulturowej i wzmacniają nasze poczucie zakorzenienia w tradycji. Są to
zjawiska, od których młodzi chcą się w jak największym stopniu odciąć.
Chociaż żyjemy w epoce konsumpcyjnej, krytyka świąt ze względu na ich
komercjalizację byłaby niewłaściwa.
- Konsumpcjonizm uwidacznia się także na co dzień, nie tylko podczas świąt -
uzupełnia dr Wojciechowska. - Egzystujemy w świecie zglobalizowanym,
zunifikowanym i nie jesteśmy w stanie z dnia na dzień zmienić swojej skóry.
Opozycja młodych jest potrzebna, bo to jedna z równoważących się sił w
społeczeństwie.
- Problem leży nie tyle w komercjalizacji, ile w połączeniu tego zjawiska z
desakralizacją - uważa dr Barbara Fedyszak-Radziejowska, adiunkt PAN. -
Dopóki komercjalizacja jest częścią przypominania o istocie świąt
Wielkanocnych czy Bożego Narodzenia, dopóki jest to wtopione w tradycję
polską, dopóty chcemy w tym uczestniczyć. Natomiast jeśli okaże się, że
jedynym prawem, jakim Wielkanoc czy Boże Narodzenie mogą się pojawić w życiu
publicznym, jest prawo komercyjne, to rzeczywiście zacznie się coś zmieniać.
Cmentarze, opłatek i jajko
Z sondaży, w których dr Fedyszak-Radziejowska pyta ankietowanych o to, które
z charakterystycznych dla polskiego obyczaju praktyk kultywują dzisiaj
Polacy, wynika, że trzy wydarzenia w roku mają uczestnictwo na poziomie 95
proc. Niemal wszyscy odwiedzamy cmentarze i groby najbliższych 1 listopada,
dzielimy się opłatkiem w Wigilię Bożego Narodzenia i święcimy pokarmy na
Wielkanoc. To są obyczaje, których przestrzegamy niezależnie od tego, czy
jesteśmy wierzący, czy praktykujemy, czy nie. Najbardziej jednak
zdumiewające jest to, że tzw. praktyki religijne dokonywane raz w tygodniu
są stabilne. Od lat utrzymują się na poziomie 30-40 proc.
- Dopóki nie zmienią się te dość optymistyczne wyniki badań, nie musimy się
bać o naszą tożsamość - konkluduje pracownik PAN.
|