|

Regulamin nowej matury ma jeden walor,
który aprobuję, mianowicie zakaz ściągania. Reszta jest wymysłem urzędników,
którzy - może z małymi wyjątkami - tyle mają wspólnego z edukacją co ja z
baletem. Podano do wiadomości, że najlepiej wypadł język obcy, a najgorzej
matematyka. Myślę, że da się to wytłumaczyć: języków obcych młodzież uczy
się poza szkołą, za co rodzice słono płacą; matematyka wypadła słabo, bo
układający zadania nie zajrzał do programu, aby się dowiedzieć, czego w
szkole uczą. To nawet mógł być wybitny matematyk.
Odsyłanie prac do jakiejś centralnej
komisji, wystawianie na świadectwie punktów, posługiwanie się swoistym
szyfrem, który ma zwiększyć obiektywność oceny... Bzdura i zawracanie głowy!
Jest to po prostu najzwyklejszy brak zaufania do etyki nauczycieli, których
się podejrzewa o przekupność i stronniczość...
Najgorsze jednak wydaje mi się skazanie
młodych ludzi na kilkutygodniowe czekanie.
Moje zdziwienie budzi postawa psychologów,
pedagogów i wszelkiego autoramentu wychowawców, którzy przez całe lata
układali prawa ucznia, regulaminy, chronili wychowanków, łagodzili,
głaskali, tępili "sadyzm i okrucieństwo" tych nauczycieli, którzy wymagali i
stawiali oceny niedostateczne... Teraz, patrząc na radosną twórczość resortu
i wybujałą wyobraźnię co poniektórych urzędników oświaty, nabrali wody w
usta i nie rzekli nic, że to sadyzm, że okrucieństwo, że sytuacja skrajnie
stresowa.
Aby było ciekawiej i dowcipniej, przy
wpisach do komputera popełniono wiele błędów i to poważnych: ktoś nie zdał
matury, bo nie wpisano wybranego przedmiotu; ktoś zdawał przedmiot na
poziomie podstawowym i rozszerzonym, ale wpisano wynik tylko podstawowy
(podobno skleiły się kartki - ha, ha, ha); komuś wpisano 62 pkt zamiast 92.
Nawet zmieniono komuś płeć (skoro egzamin dojrzałości, no to i płeć
dojrzała). Wyobrażam sobie tych maturzystów, którzy dowiadują się, że nie
zdali, a urzędniczka obiecuje im tydzień czekania na wgląd do papierów;
wyobrażam sobie także ich rodziców i przeżyte emocje.
Zabawne są tłumaczenia szefów okręgowych i
centralnej komisji egzaminacyjnej: to pośpiech spowodował błędy, to błędy w
elektronicznych bazach danych przekazanych przez dyrektorów, to nie my, to
komputer! I co zrobić z "kolegą komputerem"!? Ani dać upomnienia, ani
nagany, ani potrącić z pensji... Można go tylko wyrzucić na zbity ekran!
Człowiekowi należy ufać. A nauczyciel też
człowiek i też chciałby mieć poczucie, że to, co robi, robi w miarę dobrze.
Z tego braku zaufania i podejrzliwości - jak sądzę - zrodziła się koncepcja
nowej matury. Wykryto kilka afer związanych z maturami, ale przecież wykryto
również afery na uczelniach - może więc zmienić także formy egzaminów na
uczelnie. Opowiadali mi studenci jednego z poważnych uniwersytetów, że
asystent zabiera do domu prace pisemne, rzuca je do góry i ocenia: te, które
spadną na podłogę, są na niskim poziomie, a które na biurko, mają poziom
dobry. Stąd tak niechętnie udostępnia się prace pisemne studentom, aby
czasem nie dochodzili swego.
Pan minister jest uśmiechnięty (jeszcze
nie śmieszny!) w TV, bo mimo tylu błędów jest dobrze. Zdarzyły się, ale
popełnili je dyrektorzy, nauczyciele... No i "kolega komputer". Gdybym był
ministrem, podałbym się do dymisji. Resort zafundował szkołom i młodzieży
kuriozalny projekt tak zwanej nowej matury, którego skutkiem jest wielkie
rozczarowanie. A przecież wiadomo, że lepsze jest zawsze wrogiem dobrego.
Jaką rekompensatę dostaną uczniowie za czekanie, zdenerwowanie, stres, i
błędy, które ich krzywdzą? Żadnej! Przeprowadza się eksperyment na młodzieży
jak na myszkach w laboratorium. |